Jak feniks z popiołów

Jak feniks z popiołów

Wstaje matka, strażniczka domowego ogniska, kapłanka domowego spokoju i niepokoju, zarządca i służąca w jednym.

Wstaje z popiołów, to znaczy z łóżka, w którym spędziła ostatnie kilka dni, kiedy to przegrała bitwę z wirusami. Wirusy zjadliwe, wredne, które nie zabiją (na szczęście!), ale i nie wzmocnią (niestety!). Wirusy banalne, jesienne, katarowe i kaszelne.

Wstaje więc matka i co widzi?

Co w rzeczywistości widziała już wcześniej, ale zmożona chorobą widziała jak przez mgłę, zresztą bez okularów jak miała widzieć? Bałagan widzi, moi drodzy! Brud widzi! Zamęt widzi, lenistwo i rozpasanie! Śmieci nie wyniesione (A co? Myśleliście że nie mamy?), kuchnia jak po bitwie, w lodówce pustki, na stole armagedon, na kanapie armagedon, na podłodze armagedon, w łazience armagedon, w przedpokoju armagedon, w sypialni armagedon, na Boga! Wszędzie armagedon!

A do tego ta pogoda! Zimna i wietrzna i szara.

I pociesza się matka, i dumą napełnia, że dzieci spisały się i tak całkiem dobrze, bo herbatkę zrobiły, i kebaby od Turka przyniosły, i nawet kotleciki usmażyły z kaszą gryczaną (kasza oddzielnie)! Na zakupy małe owszem, poszły, zmywarkę „robiły”, śniadanie same sobie wzięły i chorej też dały, grzecznie siedziały, cichutko, czytały, rysowały, grały, pisały, ćwiczyły, matce w chorowaniu (i czytaniu i słuchaniu książek i pisaniu felietonów na bloga) nie przeszkadzały. Nawet jak całym trzyosobowym tabunem w matczynej sypialni siedziały.

Ale cóż z tego, skoro matka strażniczka, kapłanka, zarządca i służąca w jednym utraciła nad wszystkim kontrolę? Skoro zabrakło jej głosu w gardle i sił w nogach żeby przypominać, napominać, nadzorować, poganiać, a w końcu większość rzeczy robić samej?

Jak to cóż z tego? No, armagedon!

Ale nie ma tego złego. Czasem to miło tak utracić kontrolę. Nie musieć wydobywać głosu z gardła i używać sił w nogach żeby przypominać, napominać, nadzorować, poganiać, a w końcu większość rzeczy zrobić samej? To miło nic nie musieć. Chorować. Zanurzyć w ciepłej pościeli, zatopić w kokonie, nie przejmować obowiązkami, lekcjami dzieci, listami „do zrobienia”, terminami, bałaganem wokół. Widzieć jak przez mgłę, jedyne czego pragnąć, to herbaty z malinami i czegoś na ząb, no i ciepłej kołdry. Zamknąć oczy. Uciec.

Uciekam więc. Ale w końcu wracam. Wstaję i patrzę. Zakładam okulary, potem fartuch i sprzątam armagedon. Najpierw kuchenny. Od razu czuję się zdrowsza. Potem zarządzam i nakazuję „Na stole i na kanapie ma być błysk!”. A potem dokańczam dzieła, bo żeby zrobić błysk, to potrzeba tej czwartej jak do brydża. Trójeczka młodzieży nie daje rady tak na błysk. No tak. Też kiedyś byłam młodzieżą więc jestem wyrozumiała. Nie zapomniał wół, jak cielęciem był i jak kręcił się w kółko, chodził w tę i we wtę i przekładał te rzeczy bez ładu i składu. Podobno z tego się wyrasta, tak twierdzi moja Mama i chyba ma rację, bo jakby mniej kręcę się w kółko bez ładu i składu. To znaczy kręcę się nadal, ale z większym tołkiem.*

Jak to się stało, że nagle robi się mniej szaro i zimno (A! Kaloryfery zaczęły grzać! Juhu!)?

Na stole zrobiło się miejsce na kubek z herbatą lub dwa, na kanapie można usiąść a nawet położyć, na piecu coś pyrka, a na śniadanie będzie kasza manna albo jajecznica zamiast kanapek albo kawałka kiełbasy dobrze obsuszonej zagryzionej czekoladą.

Wróciłam. Odrodziłam się i zaczynam od nowa. Z nową energią, z nowym zapałem sprzątać, gotować, rozmawiać, planować, organizować, przypominać, pomagać, śmiać się i cieszyć życiem. Zwyczajnym, prostym, domowym życiem.

I chociaż jeszcze przez tydzień albo dwa będę kaszleć i smarkać, to już jestem na chodzie, jakby co. (Bylebym tylko na ten „chód”, a raczej „chody” nie zapomniała skarpet ciepłych zakładać.)

I chociaż wiem, że już dawno wiszę Wam artykulik o zerołejście, to niestety, nie idzie mi. No… mój Pan Muza (bo tak coś czuję że wzorem Stephena Kinga u mnie jest TEN Muza, a nie TA Muza) jakoś nie chce o zero waste słyszeć w ogóle. W głowie mu tylko dom, dzieci, nowy rok szkolny i chorowanie. Jesienny nastrój go dopadł. Kto go wie? Może czeka na jesienną dziewczynę?**

 

*”bez tołku” znaczy „bez sensu, bez umiaru”. Ja tak mówię, bo tak mówi moja Babcia (95 lat), bo tak się mówi pod Sokółką. I nawet u Wańkowicza się tak mówi!

**Nie, gorączki nie mam, właściwie nawet tym razem nie miałam. Tak, wiem że to bez tołku: Pan Muza, któremu w głowie tylko dom, dzieci, nowy rok szkolny i chorowanie, czeka na jesienną dziewczynę. Ale to nie moja wina, że ostatnio bez tołku słuchaliśmy Kabaretu Starszych Panów. Dzieci chciały.

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.