„Jak być wolnym” czyli jak Tom Hodgkinson dał mi do myślenia

„Jak być wolnym” czyli jak Tom Hodgkinson dał mi do myślenia

Jak być wolnym? Oto pytanie godne filozofów. Czy ktoś się dziś jeszcze nad tym zastanawia?

Wszak w dzisiejszym świecie nie ma niewolnictwa, przynajmniej w krajach zwanych cywilizowanymi. Więzienie też jest udziałem nielicznych.

Ale zaraz! Przecież wolność to nie tylko wolność w sensie fizycznym, ale i mentalnym. Wolnym lub niewolnikiem można być na różne sposoby.

Nas jako rodzinę wolną od edukacji szkolnej zagadnienie wolności interesuje w sposób szczególny.

Potrzeba wolności jest tym, co sprawia, że decydujemy się na edukację domową.

Potrzeba wolności sprawia, że nie chcemy mieć w domu telewizji.

Że staramy się nie mieć długów.

Że nie chcemy być „modni” i robić coś dlatego, że „wszyscy” tak robią.

Jednocześnie, gdy się nad tym zastanowić, wciąż nie jesteśmy całkowicie wolni.

Jeśli o mnie chodzi, czuję sie niewolnikiem różnych strachów, lęków i obaw, a także – o zgrozo – niewolnikiem niektórych swoich decyzji. Jestem niewolnikiem swoich pragnień, marzeń, wyrzutów sumienia, dobrych chęci, złych chęci, przyzwyczajeń, nawyków, słabości. Czuję się też niewolnikiem narzuconych norm i obyczajów („wypada – nie wypada”).

Nie mówiąc już o tym, że czuję się czasem niewolnikiem codzienności – wstawania, ubierania, sprzątania, gotowania, zakupów, słowem całej tej rutyny która jest nieodłącznym elementem życia i od której nie ma ucieczki.

Słowem, wciąż jestem niewolnikiem.

Jednak jest iskierka nadziei. Tą iskierką jest wolność od bycia niewolnikiem.

Bo przecież zniewolenia o których piszę w dużym stopniu istnieją tylko w moim umyśle.

Mogę z nimi walczyć, uciec od nich, unicestwić je.

Mogę też je zaakceptować. Akceptuję to, że muszę co rano wstać i ubrać się, że muszę ugotować obiad, że mam marzenia i obowiązki, że mam wady, słabości, że żyję w rodzinie, w mieście, w społeczeństwie. Akceptuję zasady z tym związane.

Akceptuję, a nawet staram się polubić. Bo przecież mogę postarać się polubić. Jeśli zechcę. To też jest wolność. Wolność od nielubienia i wolność do lubienia.

Mam wolność decydowania o tym, czy powiem „Muszę wstać z łóżka”, „Mogę wstać z łóżka” czy „Chcę wstać z łóżka”.

Jest jeszcze kwestia, która mnie nurtuje. Chodzi o wolność w kontekście wychowania.

Bo społecznie akceptowane i praktykowane jest całe spektrum stylów wychowawczych począwszy od surowego, pełnego zakazów i nakazów aż do całkowicie wolnościowego.

Zresztą, najpowszechniejszy chyba jest styl mieszany, czyli rygorystyczny w niektórych sprawach a folgujący w innych. To w sumie dość niebezpieczna mieszanka, bo przecież podjęcie decyzji dotyczących tego kiedy być rodzicem surowym a kiedy pobłażliwym bywa bardzo trudne, a co gorsza – brzemienne w skutki (nierzadko – opłakane). Złoty środek może się okazać zgniłym kompromisem.

Cóż więc robić?

Jasne, kierować się rozsądkiem. Wiara, nadzieja i miłość też mogą być naszymi doradcami.

Nadal jednak mam więcej pytań niż odpowiedzi:

Ile wolności dawać dzieciom?

W jakim zakresie?

Jak wychowywać, żeby nie stały się niewolnikami tego o czym napisałam powyżej, czyli poczucia winy, pragnień, słabości, ale też obowiązków i rozbuchanego poczucia odpowiedzialności?

Jak wychowywać, żeby umiały mądrze korzystać z wolności?

Żeby, paradoksalnie, nie stały się jej niewolnikami?

 

P.s. W niniejszym wpisie miałam zamiar podzielić się z Wami radością, jaką dało mi przeczytanie książki „Jak być wolnym” Toma Hodgkinsona. Uwielbiam Hodgkinsona – jego anarchistyczno-horacjańskie podejście do życia i jego erudycję. Książka „Jak być wolnym”, przedstawiana jest trochę bałamutnie jako poradnik. Pewno jeszcze o niej napiszę (wspominam o niej przy okazji artykułu zainspirowanego filmem „Alfabet”), a dzisiaj dzielę się refleksjami do jakich mnie zainspirowała.

To na razie!
Carpe diem sed memento mori…

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.