Czego będziesz żałować za dziesięć lat?

Czego będziesz żałować za dziesięć lat?

W życiu każdej kobiety przychodzą takie momenty, kiedy ma ochotę kląć jak szewc, wrzeszczeć, walić głową w ścianę, płakać… dopiszcie co tam chcecie.

Ja zresztą pozwalam sobie na wszystko (w granicach rozsądku… zazwyczaj) oprócz ściany. W myśl zasady, że tłumiona złość czy frustracja prędzej czy później da o sobie znać w niemiły sposób.

Te wspomniane wyżej momenty to na przykład:

Na drodze:

Głupi kierowca na dwupasmówce, jadący za mną w odległości centymetra i mrugający długimi światłami, żebym zjechała na prawy pas (po którym wloką się same ciężarówki i traktory).

Głupi kierowca w mieście, jadący slalomem i zajeżdżający mi drogę.

Głupi kierowca trąbiący na mnie, któram zagapiła się na czerwonym, bo akurat prowadziłam ożywioną dyskusję filozoficzną z dziećmi.

Czerwone (to co powyżej, co minutę nowe).

Korek. Ja w pośpiechu, w aucie troje dzieci: do wyboru – głodnych, spragnionych (oczywiście nie mam kanapek ani wody), zmęczonych, skłóconych, rozbawionych do rozpuku (i rozbólu mojej głowy).

Korek. Po prostu korek.  Trzeci z kolei.

Na mieście:

Niemiła sprzedawczyni, która na prośbę zapakowania bułeczki z dynią do tej samej foliowej torebki (pech chciał, że zapomniałam swojej szmacianej torby na pieczywo) co bułeczki maślane, odpowiada, że musi w oddzielną, bo dyniowe są „zadżumione” (autentyk z przedwczoraj!).

Nierozgarnięta sprzedawczyni, która na prośbę zapakowania mięska do blaszanej puszki pyta: „A jak ja to zważę?!” (Tarowanie wagi to pojęcie, które przepadło w czeluściach historii.)

Niemiły sąsiad, któremu nie podoba się, że moje dzieci rysują kredą po osiedlowym chodniku.

Kolejka do rejestracji w przychodni. Muszę tylko „odhaczyć” swoje przybycie, a czekam za dziesiątką petentów umawiających się na wizyty i obierającą wyniki badań. Co trwa godzinami. A moja wizyta za dwie minuty.

Kolejka w supermarkecie, kiedy… Och, zapomniałam, że supermarkety zamieniłam na osiedlowe bazarki!

W domu:

Nieposłuszne dziecko, które mimo codziennego przypominania o myciu zębów przez około 3300 dni (bo ma teraz prawie dziesięć lat), nadal o tym myciu zębów nie pamięta. Na przypomnienie reaguje tekstem: „Myłem wczoraj”.

Bałaganiarskie dzieci, które mimo osiągnięcia wieku prawie nastoletniego i nastoletniego, wciąż nie umieją odłożyć na miejsce prawie żadnej rzeczy, co skutkuje ciągłym bałaganem w domu.

Bałaganiarska Ja, która wciąż gubi różne rzeczy i również nie umie ich odkładać na swoje miejsce, co skutkuje ciągłym bałaganem w domu.

Wredna kuchnia, która mimo sprzątania jej przez godzinę (żeby można było przygotować obiad), zaraz po przygotowaniu obiadu wygląda gorzej niż przed rzeczonym sprzątaniem.

Wredny stół w pokoju dziennym (i nocnym), który w pół godziny po uprzątnięciu wygląda tak samo jak przed (albo nawet gorzej).

Wredny przedpokój, który wciąż jest zagracony butami, plecakami, czapkami, kurtkami, kluczami, kaskami i zamkami rowerowymi, i nawet liczne półki i wieszaki nie poprawiają sytuacji.

Nienasycone dzieci, które zaraz po nakarmieniu znów chcą jeść.

Nudzące się dzieci, które ciągle coś ode mnie chcą.

Kapryśne dzieci, które nie lubią niczego, co ugotuję. Oprócz ziemniaków, makaronów (gołych) i kotlecików w panierce (nienawidzę kotlecików w panierce!). A wcześniej lubiły prawie wszystko. Ktoś mi podmienił dzieci!

Leniwe dzieci, które zamiast uczyć się do egzaminów wciąż się bawią i czytają. (Z wyjątkiem jednego, a raczej jednej, która wciąż rysuje.)

Leniwa Ja, która zamiast uczyć dzieci angielskiego, sprząta wredną kuchnię, stół lub przedpokój tudzież pisze bloga lub czyta „Gościa Niedzielnego”. Tudzież krzyczy na dzieci, żeby wreszcie pościeliły łóżka lub sprzątnęły stół (ten w dziennym), lub kanapę (bo nie ma gdzie usiąść do angielskiego).

Kłócące i bijące się dzieci, które, biedne, nie mają tak zwanych naturalnych wrogów, bo zacofani rodzice trzymają je pod kloszem edukacji domowej.

Spóźnialska Ja, która zawsze ma jeszcze czas na zrobienie tego i owego przed wyjściem, a potem nie wierzy własnym oczom, że już jest TA godzina!

Wstrętny PMS, który przychodzi zawsze nie w porę i bez zapowiedzi i nagle okazuje się, że nawrzeszczałam na dzieci, ochrzaniłam Męża, zamknęłam się w pokoju i ryczałam przez godzinę. Zamiast iść sama do kina i świetnie się bawić.

Dyskusje o polityce, podgrzane emocjami podgrzanymi przez media.

Mój fan page na facebooku, świecący pustkami, bo znów nie miałam czasu zaplanować wpisów (chrzanić planowanie – będę pisać spontanicznie!).

I tak dalej, i tak dalej…

Te i podobne sytuacje wpędzają mnie we frustrację, wściekłość, smutek. Martwię się, czuję się bezradna, beznadziejna.

A potem przypominam sobie słowa mojej Mamy: „Czy za dziesięć lat będziesz przejmować się tym, że miałaś bałagan w domu? Dzieci szybko urosną. Ciesz się nimi, zamiast zamartwiać się, że nie chcą po sobie sprzątać, czy że Cię nie słuchają.” 

I kiedy po raz kolejny gdzieś się spóźniam z powodu korków czy własnego roztargnienia, biorę głęboki oddech i myślę: „Kobieto, zastanów, się. Czy fakt, że się spóźnisz, będzie miał jakikolwiek większy wpływ na Twoje życie? Czy nie szkoda Ci zdrowia, że się tym stresujesz?”

Albo gdy po raz kolejny dzieci zwlekają z robieniem tego, o co je proszę, myślę: „Czego będę bardziej żałować za dziesięć lat – tego że nie nauczyłam ich po sobie sprzątać, czy tego, że zamiast się z nimi pośmiać czy pobawić – wściekałam się na nich?”

Bo wszystkie te sytuacje, o których mowa powyżej, to:

Sprawy, na które mam znikomy wpływ (kolejki, korki, wciąż głodne albo marudne dzieci, poglądy polityczne innych ludzi…),

Sprawy, które w dłuższej perspektywie mają niewielki wpływ na moje życie (niemiły sąsiad, wredny stół i kuchnia, bałaganiarstwo),

Sprawy, które z czasem rozwiązują się same (nieposłuszne dzieci, PMS…).

Negatywne skutki większości z tych spraw-problemów nie są długotrwałe, o ile sama się o to nie postaram. Denerwując się, smucąc, martwiąc, stresując siebie czy rodzinę.

Dlatego, o ile to możliwe – koncentruję się w życiu na pozytywach, nie na negatywach. Cieszę się tym, co dobre i błogosławione w naszym życiu. Bo jest tego naprawdę dużo!

Dlatego w chwilach frustracji czy złości przypominam sobie o tym, czego żałują ludzie na łożu śmierci. Według książki „Czego najbardziej żałują umierający”, ludzie żałują tego, że spełniali oczekiwania innych osób zamiast żyć życiem takim, o jakim marzyli, że za mało czasu spędzali z bliskimi i przyjaciółmi, że nie mówili o uczuciach, nie potrafili być szczęśliwi.

A ja? Czego będę żałować, no, może nie na łożu śmierci, ale – dajmy na to – za dziesięć lat (jak dożyję)?

Czy tego, że się spóźniałam i byłam za mało zerośmieciowa? Że za mało „cisnęłam” dzieci do nauki i sprzątania po sobie? Że nie gotowałam obiadów z dwóch dań? Że nie planowałam wpisów na fanpage’u?

Czy raczej tego, że niepotrzebnie się zamartwiałam błahostkami, zamiast cieszyć się zdrowymi dziećmi i kochanym Mężem? Zamiast być szczęśliwą. Zamiast przytulać się do nich i wspierać wzajemnie.

Czytam właśnie zbiór kazań „Grunt pod nogami” ks. Jana Kaczkowskiego. Zaskakująco często mówił on w swoich kazaniach o przytulaniu. Faktycznie – przytulanie to niedoceniane lekarstwo na wiele problemów. I wychowawczych, i małżeńskich, i innych.

No więc? Czego będziesz żałować za dziesięć lat?

Powiązane wpisy

  • Bibi

    Rewelacja:) Czasem tak trudno mi ubrać coś w słowa, a Tobie wszystko udało się wyartykułować:)

    • Bibi, dziękuję 🙂 Mi też bylo trudno to ubrać w słowa. Ale widzę że się udało 🙂

  • „Żyj! Jest dużo później, niż ci się wydaje”

    • Właśnie. Cisnęło mi się też na pióro coś w stylu „carpe diem”, albo „spieszmy się kochać ludzi” ale uznałam że to będzie przesada. W każdym razie to prawda co piszesz.

  • Ruda

    Kiedy mój mąż pracuje jak szalony (cecha pracoholika – nawet na odwyku) to mówię mu dwie rzeczy:
    1. jeszcze nikt na łożu śmierci nie powiedział – najbardziej żałuję tego, że nie spędzałem więcej czasu w pracy.
    2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu? (odpowiedź – rodzina), na co poświęcasz najwięcej czasu? (na pracę).
    A gdy wkurza się na pracę, to mówię – tak jest cały czas – szaleństwem jest myśleć, że osiągniesz inne wyniki, robiąc ciągle to samo.
    Oczywiście ja też mam takie chwile. Jacy jesteśmy banalni.

    • No tak, znam to. Mój Mąż też pracuje jak szalony, ale nie dlatego że jest pracoholikiem, tylko dlatego że pracuje w korpo… I też mu mówię tak jak Ty. Ale potem mi przykro, bo wiem przecież że jest naszym „żywicielem” i jego praca to coś co robi dla nas.
      Inna sprawa że mógłby pracować mniej i mniej zarabiać i też byśmy wyżyli. Tylko że się nie da. Jak ja to mówię – z pracą teraz jest często tak, że albo wszystko albo nic. I wiem że nie tylko w korpo tak jest. Jak masz firmę to też czasem ciężko odmówić zleceń bo ZUS trzeba płacić…

  • Mądre słowa Twojej Mamy! Ja uświadamiam sobie bardziej różne rzeczy: że czas leci, że to życie nie jest na próbę, a jednocześnie, że możemy osiągnąć to, o czym marzymy, tylko trzeba… wziąć się do roboty! Także mam nadzieję, że za 10 lat będę żałowała jak najmniej.
    A co do nerwów, może ktoś by podjął temat na biznes: Klient na telefon zamawia taki samochód… samochód podjeżdża pod dom zamawiającego, Klient(ka) wsiada na tył (coś jak furgonetka, ciężarówka), a pojazd jest tak dostosowany, że tył to taki bunkier. Niezniszczalny, dźwiękoszczelny. Wchodzisz, drzesz się, walisz w ściany aż upuścisz całą złość. Ja poproszę 🙂

    • Hihi, Ula, to samochód niepotrzebny, wystarczy kanapa i wyrozumiali sąsiedzi i rodzina 😉 Albo zapisz się na karate. Serio ostatnio o tym myślałam, ale ja i bez karate padam wieczorami na pysk 😉

  • Pingback: Witaminy dla dzieci. Nie kupisz ich w sklepie! - Kornelia O...()

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.