30 Days Wild – trzeci tydzień

30 Days Wild – trzeci tydzień

Przez ponad tydzień miałam wakacje od internetu i komputera (wcale nie pisałam, wbrew temu co zapowiadałam w poprzednim wpisie), więc dopiero dziś robię podsumowanie naszego trzeciego tygodnia Dzikich Dni.

Dla przypomnienia, tutaj są opisane zasady wyzwania: 30 Days Wild.

Tydzień trzeci, czyli ostatni tydzień przed wakacjami (tak, tak, nawet w edukacji domowej czekamy na wakacje od różnych zajęć i szkół muzycznych) spędziłam w Warszawie z Najstarszym, bo Rodzynek i Gwiazda wyjechali do Babci, na Mazury.

Wstyd przyznać, ale byłam tak ogarnięta euforią braku dzieci, że zapomniałam o wyzwaniu blogowym…

Na pewno spędzaliśmy trochę czasu na świeżym powietrzu, bo codziennie staramy się chodzić na spacery.

Na pewno też były dwa dni, co do których nie mam wątpliwości, że wpisują się w Dzikie Dni.

Jeden z nich to dzień spędzony na wsi pod Warszawą, u znajomych ze szkoły, czyli z edukacji domowej (dziwne, niby domowa ta edukacja, a tyle świetnych znajomości?!). Znajomi hodują kury, psy, koty, kozy i… koniki polskie. Żeby było ciekawiej, koniki wydają się być w tym domostwie bardziej oswojone niż psy i koty. W każdym razie gospodarze kochają swoje zwierzęta z wzajemnością. A koniki tuliły się i domagały głaskania nawet przez intruzów jakimi dla nich byliśmy. Dla dzieci była niespodzianka – mogły dosiąść konika i przejechać się na oklep.

konik polski

konik polski

W drodze powrotnej do Warszawy nasi znajomi pokazali nam nadwiślańską plażę. Wielkie rzeczy, plaży nadwiślańskiej warszawiacy nie widzieli? O, takiej to nie widzieli!

Wisła

Wisła

Wisła

Wisła

W sumie po takiej porcji kontaktu z przyrodą nie ma się co dziwić, że kolejny pamiętny dziki dzień tego tygodnia to było zwyczajne popołudnie w ogródku przydomowym u znajomych – nie tych samych, ma się rozumieć.

Jeśli do kontaktu z przyrodą mogłabym, w sposób dość mocno naciągany co prawda, ale to mój blog, nie?, zaliczyć degustację napoju ze składników pochodzenia naturalnego, roślinnego, zwanego popularnie piwem, to wspomnę o wizycie w nowej knajpce na Grochowie. Będzie to całkiem bezinteresowna reklama „Stacji Grochów„. Niestety, kieruje mną jedynie lokalny patriotyzm i sympatia do właściciela, którego znam z innej knajpki, zwanej przez nasze dzieci „naszą restauracją”. O niej będzie kiedy indziej.

„Stacja Grochów” to stylizowany na bar dworcowy lokal typu multitap (do „przedchwilą” nie wiedziałam, że takie określenie istnieje), czyli oferującego różne gatunki piwa z nalewaka, w tym przypadku piwa rzemieślnicze z całej Polski i nie tylko. Skusiłam się na malinowe, podobno z malin. Było pyszne. Karta-tablica piw zmienia się codziennie i wygląda dziwnie. Początkowo myślałam, że to zapis jakiejś tajemniczej gry.

O! Całe życie człowiek się uczy, zwłaszcza o przyrodzie…

P.s.
Miałam zamiar w tej notce napisać od razu o czwartym tygodniu WB #30 Days Wild, ale po napisaniu tego co powyżej uznałam, że „kończ waszmośćpani, wstydu oszczędź”. Zatem ciąg dalszy o WB w piątek.

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.